stwierdziłam, że chyba wypada coś tu wreszcie napisać.
na wstepie chciałabym więc serdecznie pozdrowić Vivikę i Ufniego.
cholera, po wstepie powinno być rozwinięcie.
nie ma co pisać o szkole, wystarczy, że po raz kolejny sobie obiecałam, że TERAZ TO JUŻ NAPRAWDĘ ZACZNĘ SIĘ UCZYĆ. zacznę. jeszcze wszyscy zobaczycie..
nie ma co pisać o wakacjach, bo nie mam pojęcia jak będą wyglądać. a to już chyba w sumie najwyższy czas i powinnam mieć chociaż lekki zarys. ale nie, plany pojechania do Londynu najprawdopodobniej legną w gruzach, a z Oltona rezygnuję.
dzisiaj doszłam do wniosku, że strasznie chciałabym mieszkać w domu. najlepiej z ogrodem. albo chociaż kawałkiem trawy. a potem zaczęłam żałować, że nie mam kochającej rodziny, która mogłaby w takim domu zamieszkać. to tyle w temacie "ósmy czerwca dwutysięcznego ósmego roku".
wielkie odliczanie. dwanaście dni i będę mogła zacząć słuchać "to już jest koniec. nie ma już nic..". cant wait.
koniec tego ambitnego posta.
na zakończenie chciałabym pozdrowić samą siebie. o.